| Bad Company - Recenzja |
|
|
|
| Wpisany przez iDrake 360 |
| czwartek, 28 maja 2009 22:17 |
|
Battlefield: Bad Company to kolejna gra z serii Battlefield, druga która trafia na konsole. Po dość nie udanej sprzedarzy Battlefield 2: Modern Combat, DICE zdecydowało się na wyadnie nowej gry na konsole. Kampania reklamowa Bad Company wzbudziła we mnie wiele nadzieji. Kiedy w końcu trafiła w moje ręce, nie zawidołem się. Ta gra na wprowadziła mnóstwo nowości do gatunku FPS. Ucząc się od konkurencji i poprzednich gier z serii Battlefield, DICE stworzyło swietną grę. Battlefield do tej pory zawsze nastawiony był na rozgrywkę wieloosobową. W dotychczasowych częściach serii nie mieliśmy jeszcze trybu przygodowego, przeznaczonego dla jednego gracza, więc tym bardziej byłem ciekaw jak doświadczona firma sobie na tym polu poradzi. Scenariusz kampanii nakreślony przez twórców niestety nie powala. Głównym bohaterem jest niejaki Preston Marlowe, żółtodziób na polu bitwy, który trafia do jednej z dywizji armii znanej jako Bad Company. Nasz rekrut staje się członkiem zespołu złożonego jeszcze z trzech członków – sierżanta Redforda i dwóch żołnierzy rzucającymi żartami: Haggarda i Sweetwatera. Gdy tylko jest jakiś problem, czy ryzykowne zadanie, „new guy” (czyli nasz bohater) zostaje wysłany do wykonania questa. Podczas misji słychać oczywiście niewybredne żarty wygłaszane przez dwóch kompanów, nie brakuje także idiotycznych okrzyków, czy grania w „papier – kamień – nożyce” w wykonaniu Haggarda i Sweetwatera. Choć fabuła Bad Company nie należy do szczególnie zamotanych i rozbudowanych, całkiem przyjemnie ogląda się losy naszych bohaterów, a kilka niespodziewanych zwrotów akcji wzmaga nie tylko apetyt na destrukcję lecz również ciekawość. Nasi żołnierze, opuszczeni przez zwierzchników zamieniają się w prawdziwych najemników, dla których moralne wartości wypierane są przez perspektywę dobrobytu. Silnik graficzny Battlefield: Bad Company generuje całe mnóstwo destrukcyjnych elementów otoczenia. Można nawet powiedzieć, że praktycznie wszystko (w miarę rozsądku) da się zrównać z ziemią. Jeśli widzimy posterunek przeciwnika i nie możemy przedostać się przez jego ogień zaporowy, wystarczy zajść kolesia od tyłu, wywalić dziurę w jednej z tylnych ścian, wejść do środka i zaserwować bandziorowi kulkę w łeb. Podobnie poradzić sobie można z innymi „łamigłówkami”, a sama przyjemność z demolowania świata gry jest zabójcza. Oczywiście nie można wszystkiego zniszczyć, byłoby to nieco bez sensu. Deweloper wyznaczył ściany oraz przedmioty, które są niezniszczalne. Wszystkie pozostałe elementy dewastujemy wedle własnych upodobań. W sumie podczas jednego meczu spotkać może się nawet do dwudziestu czterech graczy, podzielonych na dwie ekipy. Pojedynki toczone są na jednej z 8 map, a każda z nich posiada odmienne punkty respawnu oraz rozmieszczenia ekwipunku. Spore zróżnicowanie widać także w klasach postaci, których udało mi się naliczyć pięć. Dysponują one unikatowym uzbrojeniem i pełnią określone zadanie na polu bitwy. Sprawnie działający oddział żołnierzy musi posiadać w swoich szeregach każdego z dostępnych wojaków. Inaczej zwycięstwo pozostanie poza ich zasięgiem. Bad Company to nie tylko zupełnie nowe podejście do serii, lecz także świeży silnik graficzny, nazwany przez dewelopera Frostbite. Jego główną zaletą jest generowanie zaawansowanej fizyki oraz ogromne możliwości destrukcji otoczenia. Fizyka nie była jednak najważniejszym elementem dla projektantów silnika, programiści poświęcili bowiem także sporo uwagi generowanemu przez niego obrazowi oraz oprawie dźwiękowej. Edycja gry, którą dane mi było testować, przeznaczona jest dla konsoli PS3. Maszynka radziła sobie bardzo dobrze z wyświetlaniem płynnej ilości klatek, a sama jakość obrazu nie wzbudzała zastrzeżeń. Choć prezencją, Bad Company nie dorównuje takim hitom jak Gears of War czy też BioShock, trzeba przyznać, że silnik graficzny sprawuje się bardzo dobrze. Modele żołnierzy są zbudowane z dużej ilości wielokątów, samochody i broń wyglądają naturalnie, a otaczający gracza świat pełen jest drzew, domów, słupów, ogrodzeń oraz innych elementów. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to małe zróżnicowanie przeciwników, okazyjne puste przestrzenie oraz ziarnisty filtr nałożony na obraz. Dźwięk, podobnie jak grafika, trzyma wysoki poziom. Dobiegające z głośników odgłosy są naturalne, profesjonalnie nagrane i co najważniejsze pasują do pozostałych elementów gry. Największy plus w tym departamencie należy się muzyce w menu głównym oraz dialogom pomiędzy członkami naszego oddziału. Są one wręcz genialne, nie tylko jeśli chodzi o same teksty, lecz również o sposób ich wypowiadania oraz synchronizację z ruchami postaci. Czasami miałem wrażenie, że patrzę na prawdziwych aktorów, a nie wirtualne kukiełki.
Bad Company jest wspaniałą grą. Świetny tryb wieloosobwy i bardzo dobra kampania wciągają na bardzo długo. Warto rownież sprawdzić grę ze względu na model zniszczeń – mam nadzieję, że tego typu destrukcja otoczenia stanie się standardem w przyszłych strzelaninach. W końcu już najwyższa pora na wyrwanie się z ograniczeń poprzedniej generacji konsol. Najnowsze dzieło DICE bez żadnych wątpliwości mogę polecić fanom wieloosobowych potyczek, oni na pewno się nie zawiodą.
praca konkursowa, autor: Tosiek |
Statystyki
Użytkowników : 399Artykułów : 175
Zakładki : 6
Odsłon : 88576


















